Skipper
***
Gdy zrozumiałem, że DeWard nie żyje opadłem wyczerpany na
ziemię. Zabiłem go. Swojego przełożonego. Pomimo tego, że wiedziałem, iż to
było właściwe, czułem wyrzuty sumienia. Jednak w końcu wziąłem się w garść,
podniosłem sprzęt i pobiegłem w kierunku frontu. Podczas przedzierania się
przez gwatemalską dżunglę czułem olbrzymie zmęczenia, lecz się nie zatrzymałem,
bo byłem pewien, że nie mogę tego zrobić. Każda sekunda się liczyła. I wtedy
zrozumiałem słowa generała. „Każda kolejna sekunda, jest darem”. Biegłem na
oślep, kierując się intuicją. Nie zwracałem uwagi na kolce, które dotkliwie
mnie raniły. Pędziłem przed siebie, walcząc z chęcią zatrzymania się, choć na
chwilę, by zaczerpnąć tchu. Po jakichś trzydziestu minutach biegu, dotarłem na
miejsce. Zobaczyłem prawdziwą wojnę. Nie taką z filmów czy gier. Prawdziwą. Gdzie
w miejsce zabitego żołnierza, wchodził kolejny, tylko po to, by po chwili,
również zginąć. Nigdy wcześniej ani później nie doświadczyłem czegoś takiego.