sobota, 9 listopada 2013

Tym razem naprawdę koniec! xD

Wyszło, jak wyszło, ale jeszcze jedna notka xd Ale tym różni się od poprzedniej, że o ile i tu jest smęcenie, to jest tu jeszcze jedna, bardzo ważna rzecz. Flaczki, mózgi, czaszki, jucha, bebechy, rzeź :D
Tytuł, jak zwykle, nieadekwatny xP

“He's come so far to find the truth, he's never going home"


Znowu czuł ten dokuczliwy ból głowy dręczący go od... Nawet nie był już do końca pewien, od kiedy; ale wydawało mu się, że od jakichś dwóch lat. Czyli mniej więcej od tego czasu, w którym zginęła jego siostra. To znaczy się, sama nie zginęła, ale nie było konieczności roztrząsania tożsamości zabójcy i wyznaczania winnych, bo jakoś nikt się do tego nie garnął; może poza Kowalskim, ale jego przywiązania do Doris nikt, włącznie z Bulgotem, nie potrafił pojąć.
Ciężarówka po raz kolejny podskoczyła na wyboju, a delfin uderzył głową w jeden z metalowych prętów podtrzymujących całą konstrukcję tyłu pojazdu i syknął cicho, po czym popatrzył przeciągle na wilka siedzącego za kierownicą z wyrzutem. Musiał przyznać, że po wielu latach patrzenia na świat tylko jednym okiem, widok z pary oczu wydawał się niecodzienny, aczkolwiek znacznie lepszy, pełniejszy. Oczywiście blizna pozostała, a miejsce, gdzie niegdyś była opaska było poranione i blade. Do tego oczy nadal pozostawały różnobarwne, choć teraz prawe było biało-czerwone, a nie po prostu szare. 
Naprzeciwko siedział Kowalski, który raz jeszcze sprawdzał, czy mechaniczne skrzydło, którym zmuszony był zastąpić prawdziwe, działa, jak należy. Parę dni po śmierci Doris polał się żrącym kwasem, ale nie zginął dzięki szybkiej interwencji Skippera i Rico; próbę samobójczą okupił jednak skrzydłem, utratą wzroku w jednym oku i wyglądem. Wielu piór na prawej części twarzy brakowało, a skóra w tamtych miejscach wyglądała, jakby ktoś włożył głowę ptaka do ognia. Jeśli śmierć Szeregowego podczas jednej z misji wywarła na niego spory wpływ, to po śmierci siostry Bulgota stał się całkowicie niewrażliwy na cokolwiek; a przynajmniej na takiego wyglądał.
Obok siedzieli Skipper i Neil, których życie w ostatnim czasie nieco mniej doświadczyło. Oczywiście też nie wyglądali tak, jak w latach młodości, a bardziej jak prawdziwi weterani, lecz w porównaniu do ostatnich przeżyć Rico, czy Kowalskiego nie mieli tak źle.
Sam Rico... Cóż... Jeśli po dwukrotnej utracie ukochanej, do tego za drugim razem być współodpowiedzialnym za jej śmierć da się nie być już tylko pustą skorupą, to nie wiedział, w jaki sposób to osiągnąć. Nie wiedział co prawda, co stało się z dzieckiem, ale jak Bulgot znał Irisha, to nie było to nic dobrego, czy przyjemnego; a znał go całkiem dobrze. Irish nawet posunął się do stwierdzenia, że on i Bulgot są niemal identyczni, jednak każdy, kto się poznał na tym czarnym skurwysynu, wiedział, że jest zdolny do kłamstw, albo i gorszych rzeczy, jeśli są mu na rękę.
Francis zaczął się zastanawiać, co tak właściwie tu robi. Moi arcywrogowie - pomyślał z pewną dozą goryczy. Choć sam też nie grzeszę urodą. Po trzech latach ukrywania się, wypłynął w końcu na powierzchnię - tak dosłownie, jak przenośnie - i postanowił spłacić pewne długi. Teraz zamierzał zająć się ostatnim z nich.
Wóz podskoczył po raz kolejny i zatrzymał się.
- Jesteśmy - oznajmił wilk, odwracając się do tyłu.
Pasażerowie skinęli głowami, wzięli broń i wysiedli z ciężarówki, po czym kierowca nawrócił i odjechał.
Przed nimi wznosił się wysoki budynek, postawiony góra parę lat temu, który mógł mieć jakikolwiek kolor, bowiem ze względu na środek nocy nie dało się go określić. W wielu oknach paliło się światło i w nielicznych dało się dostrzec sylwetki osób znajdujących się w środku apartamentowca.
- Trochę inaczej to zapamiętałem - mruknął Skipper.
- Nic dziwnego - odparł Bulgot chrypliwym głosem. - Ostatnio gdy tu byliśmy leżały tu same gruzy i zwłoki. Co by o Irishu nie mówić - potrafi się chłopak zorganizować.
- Tak, to prawda - odrzekł ze smutnym uśmiechem Neil. - Aż za dobrze.
- Myślałem, że gdy tu wrócimy, powrócą jakieś miłe wspomnienia - wyznał dowódca pingwinów. - Ale wiemy, że w miejscu, gdzie wydarzyła jedna z największych zdrad i rzezi w historii raczej nie można oczekiwać miłych wspomnień.
- Mogę wiedzieć, gdzie my do chuja jesteśmy? - zapytał poirytowany melancholijnością towarzyszy Kowalski.
- Tutaj kiedyś było Bractwo - wyjaśnił Francis. - Tutaj wszystko się zaczęło.
- I tutaj się skończy - powiedział Skipper.
Po tych słowach grupa skierowała się ku wejściu do garaży. Bulgot podważył drzwi, a te dalej podniosły się same. Podziemia były dość obszerne i dobrze oświetlone. Co ciekawe, na parkingu nie stało ani jedno auto. Doszli do windy, przechodząc przez pusty garaż, przywodzący scenerią typowy film grozy z psychopatą w roli głównej; a oni byli typowymi nastolatkami idącymi na rzeź. Ta myśl pojawiła się niechciana w umyśle Francisa i choć nie była do końca pozbawiona sensu, to delfin szybko ją od siebie odepchnął.
Weszli do środka windy i wcisnęli przycisk z numerem -15, po czym odbezpieczyli broń. Mieli jednak nadzieję, że na razie nie będą musieli jej używać. Winda była typowym tymczasowym modelem – klatka, tak, jakich używa się choćby w kopalniach. W miarę zjeżdżania coraz głębiej pod ziemię, czuł się coraz mniej pewnie, podobnie zresztą jak pozostali; może nie licząc Kowalskiego, który miał tak samo obojętny wyraz twarzy, jak zawsze.
Klatka zatrzymała się z szarpnięciem i otworzyła, ukazując komandosom długi tunel oświetlony podłużnymi lampami zaczepionymi pod sufitem, dającymi słabe światło. Wyszli z windy i zaczęli się kierować ku majaczącej w oddali plamce czerwieni – zapewne wielkiej sali, podobnej do tej, która była kiedyś na statku Irisha. Z oddali dochodziły do ich uszu ledwie słyszalne dźwięki pianina.
Zaczęli powoli iść przed siebie, by bez większych trudności dotrzeć do owego czerwonego punktu, który faktycznie okazał się wielką salą. Podłogi wyłożono czerwoną wykładziną, podobnie jak ściany, ale tylko na dole, bowiem na wyższym poziomie, do którego dało się dojść po schodach, wszystko było idealnie białe. Nad wszystkim górował złoty żyrandol. Jedyną rzeczą na górnym poziomie, która nie była biała, był Irish, siedzący za pianinem, z tym swoim uśmieszkiem pełnym satysfakcji.
- Witam ponownie – powitał ich delfin. – Ile to już lat? Siedemnaście? Czyż nie urządziłem się nieźle? – zapytał retorycznie. – I tym razem nikt mi tego nie utopi. – Spojrzał przeciągle na Skippera i Bulgota.
- Dobra Irish, koniec pierdolenia – zaczął Neil. – Rozwalimy cię, wyjdziemy i do widzenia.
- Chcecie mnie rozwalić? – Zrobił smutną minę. – Pobrudzicie ściany – rzucił oskarżycielsko, ruchem płetwy wskazując biel, która go otaczała. Podszedł do barierki znajdującej się na końcu swoistego podziemnego tarasu i spojrzał z góry na komandosów. – Dziwi mnie to, że sami się nie pozabijaliście, po tym, co tam się wyrabiało – oznajmił w końcu, szczerząc zęby w uśmiechu. – Jeden zabił narzeczoną drugiego, inny syna tamtego, czwarty przyjaciela tego pierwszego… No, trochę tego jest, co? – Z jego gardła wydobył się gardłowy śmiech, który zabrzmiał naprawdę upiornie. – Dziwny świat, co poradzić. No, było miło, powspominaliśmy, ale teraz muszę kończyć.
Po jego słowach, zza mebli i ścian wyłonili się jego podwładni i od razu zaczęli strzelać. Bulgot zdążył tylko złapać kątem oka klatkę piersiową Skippera rozrywaną przez dziesiątki pocisków oraz jego twarz, którą spotkał podobny los. Prawą płetwą złapał za karabin i nacisnął spust. Potem jego lewicę zalały naprzemienna fale ciepła, chłodu i bólu. Rzucił okiem w jej kierunku, a raczej tego, co z niej zostało. Cienkie strzępki mięśni, nerwów, kości i krew z nich skapująca. Spróbował dostać się do Irisha, co przypłacił kilkoma kulkami z brzuchu; udało mu się jednak dotrzeć do przeciwnika, lecz był zbyt zmęczony, by skutecznie z nim walczyć. Wylądował na białej podłodze, uderzając się w resztki lewej płetwy. Jego głowę ponownie wypełnił tępy ból, a przed jego oczyma zaczęły stawać mu obrazy z przeszłości; jego płetwy zaciskające się na szyi siostry, nóż wchodzący w pierś Jeffersona, kula, którą otrzymał od niego Rockgut. Wszystko to i wiele innych rzeczy uderzyło w niego z siłą tsunami, lecz nie zamknął oczu i spojrzał w brązowe oczy swojej zguby, pozbawione wyrazu. Oczy Irisha.
- Cóż mogę rzec. – Zrobił zamyśloną minę. – Ujebałeś mi podłogę. – Podniósł z ziemi długi, żelazny pręt i uniósł go.
***
- Dziwny świat, co poradzić. No, było miło, powspominaliśmy, ale teraz muszę kończyć.
Kowalski wyjął z pochwy nóż przytroczony do karabinu i wbił go aż po rękojeść w kark Rico. Broń wyleciała ze skrzydeł ptaka, a on sam zaczął trząść się konwulsyjnie i osunął się na ziemię, po to, by naukowiec mógł wystrzelić w jego głowę parędziesiąt pocisków, zmieniając twarz w czerwonawą, mokrą breję.
Nie lepszy los spotkał Skippera; ale on zdążył chociaż wystrzelić, zanim jego wnętrzności wylądowały na ścianie, nieco poniżej mózgu i fragmentów czaszki, a to, co zostało z ciała opadło bezwładnie na podłogę.
Bulgot już wtedy nie miał jednej płetwy, co nie powstrzymało go przed ostatnim heroicznym czynem w życiu – próbą zabicia Irisha, skazaną oczywiście na porażkę. Ssak w połowie leżał, w połowie siedział, wspierając się plecami o barierkę i plując krwią, która wypływała jednocześnie z kikuta i kilku ran w brzuchu oraz klatce piersiowej. Irish powiedział coś i podniósł leżący na ziemi pręt, zamachnął się i uderzył z całą siłą w głowę Francisa. Czaszka nie wytrzymała i pękła, a spod skóry zaczęła lecieć czerwona ciecz; kolejny cios pozbawił kształtu połowy twarz, rozbryzgując dookoła fragmenty kości i mózgu. Kolejne uderzenia całkowicie odebrały głowie jakikolwiek kształt i nadały jej kolor tylko i wyłącznie czerwony.
Strateg podszedł do swojego wspólnika, który odprawił wszystkich swoich ludzi.
- Ładnie zrobione pingwinie, bardzo ładnie – powiedział z promiennym uśmiechem, który na jego twarzy wyglądał groteskowo i strasznie. – Coś takiego trzeba uczcić butelką dobrego wina! – Wyjął spod pianina butelkę drogiego czerwonego alkoholu i nalał dwie lampki. Napili się.
Kowalski załatwił już większość spraw, ale jedna wciąż mu pozostawała. Jednym okiem złapał leżący na stoliku złoty łańcuch, taki jak zakładają czarni gangsterzy w filmach. Podszedł do niego, wziął go w swoje skrzydła i poprzewracał nim parę razy, mierząc jego długość, a następnie zbliżył się do delfina.
- Nie uważasz, że zajebiście wyglądałbyś w takim złotym łańcuchu? – zapytał, gdy ssak stał do niego tyłem, po czym zarzucił mu owy naszyjnik na szyję i zaczął go dusić. Na początku Irish się miotał, lecz po chwili odzyskał swój chłodny spokój, złapał za butelkę i rozbił ją na głowie pingwina, zaś ten spadł na ziemię.
- Po tym wszystkim chciałeś mnie tak po prostu mnie orżnąć, ptaszku? – zadał z przekąsem pytanie, podnosząc jeden z leżących na instrumencie obok noży. Cholera, czemu nie zauważyłem dych jebanych noży? – Nie tak robi się interesy z Irishem. – Lewe skrzydło nielota zaczęło wędrować ku najbliższemu ostremu przedmiotowi. Nie umknęło to uwadze delfina, który się zamachnął i rzucił trzymaną w płetwie bronią, a ta przybiła skrzydło Kowalskiego do stolika. Pingwin poczuł potworny ból, choć nie tak wielki, jak wtedy, gdy polał się kwasem, i przeciętą żyłę. Szarpnął się i syknął, gdy kolejne mięśnie zostały przecięte. Ssak podniósł już drugi nóż. Ptak nie zamierzał tracić więcej czasu. Pociągnął z całej siły i wyrwał skrzydło z pułapki, przy akompaniamencie własnych okrzyków bólu. Podbiegł do broni, która przed sekundą była wbita w jego przedramię i ujął ją w swoją prawicę, by rzucić się w kierunku delfina. Ostrze wbiło się w brzuch przeciwnika, ale Kowalski okupił to raną w plecach, zadaną przez Irisha. Para noży zadawała serię śmiertelnych pchnięć przez jakąś minutę, aż pingwin poczuł, że opuszczają go siły. Już całkowicie zniekształcił organy delfina, a widział je dokładnie, to ran w jego brzuchu było tak wiele, że bez trudu widział jego wnętrze. Ostrze śmignęło w powietrzu po raz ostatni i zostało w splocie słonecznym, a ptak poczuł, że coś odciąga jego głowę do tyłu, a potem tylko dotyk ciepłej od krwi stali na swojej szyi, która została podcięta jednym wprawnym ruchem. Całkowicie pociemniało mu w oczach i wydawało mu się, że spada.

El classico ending, isn’t it? xD
Łooo Jezu, zapomniałem byłem! xd Dedyk dla Asi! xD Asia, masz mnie zdrowo opierdolić, jak już to przeczytasz! xD

sobota, 12 października 2013

EPILOG (ostatniusieńki wpis)

Last goddamn note, so comment this one fuckin’ time.



EPILOG [How Do You Own The Word?]




Migotliwe światło żarówki rozjaśniało niepewnie długi podziemny korytarz w bazie Bulgota. Zwisała na długim kablu wystającym z sufitu bujając się lekko w prawo i w lewo. Po obu stronach tunelu ciągnęły się dwa niknące w dali rzędy drzwi o różnych kolorach i oznaczeniach. Jeden, dwa, trzy… I tak aż do pięciu setek. Były stare i nowe, kolorowe i wyblakłe, na jednych farba się łuszczyła, zaś na innych mieniła się w półmroku.
Delfin szedł przed siebie w opustoszałym kompleksie szukając pomieszczenia z numerem trzynastym. Ostatnią rzeczą, o jaką poprosił swoją byłą już sekretarkę było przygotowanie mu kilku przedmiotów w tymże pokoju.
Wzrok lewego oka błądził po betonowych ścianach, przeskakując z numeru na numer, z żarówki na żarówkę. Choć odzyskał wzrok w drugim, często zamykał jego powiekę, z przyzwyczajenia. Przejechał płetwą po paśmie blizna pokrywających prawą część jego twarzy, tam gdzie niegdyś miał metalową opaskę. Jego skóra była sucha i szorstka, a nie gładka i delikatna, jak kiedyś.
Zaczął się zastanawiać, po co tak naprawdę było mu to wszystko. Mógł pozostać duchem i zabić Irisha przy pierwszej okazji, ale wolał mu pomóc. Dlaczego? Sam chciałby to wiedzieć. Skipper zapewnił mu przykrywkę, ale Bulgot nigdy nie lubił bezczynności, ciągnęło go do rozgłosu. Miał rok spokoju. Potem znalazł go ten skurwiel o czarnej skórze pokrytej bliznami i zaproponował mu układ. Propozycję nie do odrzucenia. I Francis faktycznie jej nie odrzucił. Zajęło im to nieco czasu, ale nie mieli większych trudności.
Kowalski zabił jednego z lemurów z oddziału Jeffersona i popełnił samobójstwo, skacząc z klifu. Albo ktoś go z niego zrzucił. Nieważne. Efekt był taki, że było o dwóch mniej. Potem rozesłali ich do różnych ogrodów zoologicznych i stracili kontakt.
No, Szeregowy często rozmawiał ze swoim wujkiem, Nigelem. Dlatego, gdy Doris i Francis zamordowali agenta, młodziak przyleciał na jego pogrzeb, razem z wieloma innymi komandosami. Wszyscy na stypie wylecieli w powietrze.
Doszedł do trzynastki i zatrzymał się przed drzwiami. Stare, większe od innych, z solidnego drewna, pokryte bordową, odchodzącą już farbą, z pozłacaną gałką. Przekręciła się ze skrzypieniem i drzwi się otwarły. Delfin rzucił ostatnie spojrzenie korytarzowi i pchnął drzwi, a te z głuchym i donośnym jękiem, niosącym się wśród pustych ścian ustąpiły.
Pomieszczenie nie było duże. Idealnie białe ściany, podłoga i sufit, czarna szafka, szklany stolik i wielka kwadratowa wanna. Francis pociągnął drzwi do siebie, zamykając je. Z tej strony nie było klamki. Na stoliku leżała paczka aspiryny i długi nóż. Obok stały szklanka i butelka wody. Delfin podszedł do wanny i odkręcił kurek z ciepłą wodą, którą od razu zaczęła parować.
Przysiadł na stoliku.
Potem znaleźli Neila, w Hoboken, gdzie oddawał się pijaństwu i postanowili go wykorzystać. Irish chciał załatwić Skippera i sekcję z Chicago, ale Bulgot postanowił, że sam to zrobi. Chciał spojrzeć Skipperowi w oczy, zanim go zabije.
I tak się stało, Bulgot pamiętał, jakby to było wczoraj.
Stary Wensty, dowódca oddziału, leżał w kałuży własnej krwi, próbując bezskutecznie wepchnąć wywleczone ze swojego brzucha wnętrzności z powrotem do środka. Kolejny pingwin siedział oparty o ścianę z nienaturalnie przekręconą w bok głową. Następne dwa unosiły się w podziemnym basenie z poderżniętymi gardłami. Pośrodku tego wszystkiego stał Skipper, chwytający się z desperacją harpuna starczącego z jego klatki piersiowej. Wszystkie pióra przybrało kolor rdzawej czerwieni, a z rany wciąż wypływała krew.
- Będziesz… Smażył się w… - Zaniósł się krwawym kaszlem, brudząc posoką ściany. – cholernym piekle. – Samo oddychanie sprawiało mu ból i trudności, nie mówiąc o mówieniu.
- Pewnie tak – przyznał wtedy Francis, naciskając spust po raz drugi. Ptak zatoczył się do tyłu i pośliznął na mokrej, czerwonej kałuży. – Pamiętasz, co ci obiecałem wtedy, na plaży, kiedy mnie opatrzyłeś? – zapytał. – Że już nigdy nie będę próbował zrobić nic ani ludziom, ani komandosom. – Parsknął. – Wychodzi na to, że jestem słaby w dotrzymywaniu obietnic.
Pingwin przemówił, resztkami uchodzących z niego sił.
- Powiedziałeś… że zabijesz… zabijesz Irisha… jeśli… go znaj… dziesz… - wydyszał. – Obiecałeś.
Delfin zmarszczył brwi.
- Nie.
Nacisnął spust po raz trzeci.
Neil oczywiście nic nie wiedział o ich małej maskaradzie. Był święcie przekonany, że Francis chce mu pomóc. Wszystko szło dobrze, do czasu, gdy ten cholerny dureń podsłuchał jego rozmowę z Doris i dowiedział się o tym, co niegdyś między nimi zaszło. Musiał zginąć. Nikt w dowództwie nie płakał, gdy znaleźli go w stercie ryb.
Bulgot spotkał się z Rico na barce wycieczkowej. Mówił mu tylko, co ma robić, a ten, jako iż nie potrafił zbyt dobrze mówić tylko potakiwał. Ciekawe, jakie było jego zdziwienie, gdy w jego plecy trafiła cała seria pocisków.
Leżał na stole przy którym siedzieli, łapiąc płytkie oddechy i może słuchając, a może nie słów Francisa.
- O dziewczynę i młodego się nie martw – powiedział szyderczo. – Zajmę się nimi.
I faktycznie, zajął się. W lesie nikt nie zastanawia się nad pochodzeniem dwóch niewielkich kopców ziemi porośniętych paprociami.
Potem poszło już z górki. Wraz z Irishem i paroma ludźmi wparowali do siedziby dowództwa i wybili wszystkich w środku. Następnego dnia wszystkie posady były już obsadzone i wszystko działało jak przedtem.
Doris w końcu odpuściła i nie nalegała, by Francis zamieszkał z nią w jakimś odludnym miejscu. Irish w jakiś sposób ją oczarował i z głowy wyleciały jej wszystkie niebezpieczne myśli związane z zakładaniem rodziny z bratem.
Tamtego dnia do Bulgota dotarło, jakim jest nieudacznikiem. W całym życia kochał dwie kobiety. Jedna nie żyła, a druga była jego siostrą. Miał nielicznych przyjaciół, którzy mimo wszystko mu ufali. Zabił wszystkich. I co z tego miał? Ciepłą posadkę, mnóstwo podwładnych i pogardę całego świata tylko dla siebie. Może i publicznie mu się kłaniali, lecz za jego plecami mówili o nim „sprzedawczyk”, czy „zdrajca”. W sumie, to wolał się nie zastanawiać, jak o nim mówili.
Obiecałeś – ta myśl pojawiła się w jego głowie niespodziewanie, ale już nie próbował jej od siebie odganiać. Choć w środku, nadal zaprzeczał.
Okazało się, że w butelce nie znajduje się woda, a whisky – jego ulubiony napój, przez ostatnie kilka lat. Prychnął i nalał sobie pełną szklankę. Wziął do ust białą tabletkę, popił ją i połknął.
Wanna była już niemal pełna i para wypełniała cały pokój, ograniczając widoczność do minimum. Obiecałeś. Nie, nic nie obiecywał. Zakręcił kurek i położył nóż na wannie. Zanurzył fragment płetwy w wodzie. Była gorąca jak wrzątek i dotkliwe parzyła spękaną skórę zwierzęcia. Nie cofnął jej jednak prędko, lecz powoli.
Obiecałeś. Powoli zaczął zanurzać się całkowicie w parzącej wodzie, a ciepło odganiało wszystkie myśli, poza jedną. Obiecałeś. Woda sięgała mu pod samą głowę. Sięgnął po nóż. Obiecałeś. Nie.
Ostrze śmignęło wolno w powietrzu, odbijając światło jarzeniówki i znalazł się w prawej płetwie delfina. Lewa wysunęła się powoli z toni ociekając wodą i zatrzymała parę cali na taflą.
Obiecałeś. Oblizał spękane wargi. Tak – pomyślał i podciął sobie żyły.



THE END [this time, it’s really over]


Jak wrażenia? Ostatni wpis (naprawdę), więc miło by było, gdyby każdy zostawił tego jednego komenta ;) Bajo, do zobaczenia na innych mych blogach, bo z pisaniem jeszcze nie kończę, na wasze nieszczęście ;)
PS: Zapraszam na mego w pełni autorskiego bloga z opowiadaniami fantasy ;)
http://trust-no-one-you-idiot.blogspot.com/

sobota, 14 września 2013

Zawieszka

Dzisiaj tylko chciałbym potwierdzić to, czego pewnie i tak się co poniektórzy domyślali - zawieszamy tego bloga. Na czas bliżej nieokreślony, aż najdzie mnie jakakolwiek ochota na kontynuowanie tej smętnej i wiejącej nudą historii. Czyli nie za szybko. 

Trzymajcie się :*

niedziela, 25 sierpnia 2013

Koleejny prolog

Hieloł ludzie dobrej woli! Znowu […] mnie opierdolicie, ale popijawy nie ma i jeszcze całkiem długo nie będzie! xD Ale tym razem jest już zwykła historia, z tym, że walę chronologię, dzięki czemu notki mogą tak naprawdę być o wiele szybciej xd Kto zadowolony, proszę o łapkę w górę xd


PROLOG [za niedługo będzie ich więcej niż zwykłych notek, bijaaacz xD]





Kowalski szedł przed siebie, ku wielkiemu klifowi, górującemu nad zatoką. Ostatnie liście na drzewach szeleściły cicho na wietrze, a drobne źdźbła trawy tańczyły do jego rytmu. I pośrodku tego on – zwykły arktyczny nielot. Nie, nie zwykły. W żadnym razie – pomyślał. Raczej mocno niezwykły. I niebezpieczny, to na pewno. Zrobił kolejny krok, patrząc pusto w tarczę księżyca. Spojrzał jeszcze raz za siebie i w dali dostrzegł Central Park i zoo, w którym żył przez tyle lat, i w którym miał tylu przyjaciół. Miałem przyjaciół – pomyślał z goryczą.

wtorek, 13 sierpnia 2013

Rzezi początek i ciąg dalszy

Dobrze, dziś notka ze specjalną dedykacją do wszystkich, którzy uwielbiają bezsensowny rozlew krwi, flaki, mordowanie, psycholi i jeszcze raz krew. ;) Tak, do was mówię xD

Vol. 2




Piętnaście lat później
***
Jen siedziała w ulubionym fotelu Skippera, w tym czerwonym stojącym najbliżej kominka, od którego biło ciepło ognia. Czerwone języki lizały kawałek dębowego drewna, wrzucony przez nią kilkanaście sekund temu. Jeszcze raz podeszła do okna, by spojrzeć na śnieżycę, szalejącą na dworze. Wiata została już całkowicie przysypana białym puchem, na gałęziach drzew zaległy istne zaspy. Pada już od trzech dni, pomyślała, Jak tak dalej pójdzie, to całkowicie nas odetnie od świata. Nagle poczuła przyjemny zapach pieczonego ciasta ze śliwkami, które tak uwielbiał jej mąż. Uśmiechnęła się na ten zapach. Skierowała się ku kuchni, ale jej uszu doszło głośne pukanie. Kogo niesie w taką zawieruchę? Doszła do drzwi, odgarnęła z twarzy kosmyk czarnych niczym noc włosów i otworzyła nieznajomym, wpuszczając do pokoju zimne powietrze. W progu stali dwaj mężczyźni. Ten po lewej był milczący i miał paskudną bliznę po lewej stronie twarzy. Patrzył na nią swoimi zimnymi i obojętnymi oczami. Zaś drugi mógłby uchodzić za nawet przystojnego, gdyby nie pusty oczodół w miejscu prawego oka. Wielkie płatki śniegu topniały na ich piórach.

[znów bez nazwy xd]

 Dobra, na początku sprawy ‘organizacyjne’ [xd].
1.                  Dzięęęęękiiii za ponad 7000 na liczniku! xD
2.                  Irish wygrał kuźwaaaa!!! Drugie miejsce obsmarkana Alex, która nic nie zrobiła, trzecie nasz kochany NN, i czwarte ex eaquo Carmen, Neil, DeWard [What?], Orzełek i chyba jeszcze ktoś xd
3.                  Znowu nie będzie kontynuacji popijawy xD
4.                  Jestem niedobry xd
5.                  Kukurydza z mleczkiem [sory ywo, musiałem xD]
6.                  To będzie taki jakby one-shoot podzielony na dwie części. Kapujecie? Xd
7.                  Kto czyta PLiO??? +50 zajebistości xD
8.                  Dobra, to tyle mojego psioczenia, zapraszam do czytania xP
                           

Le Masakre Vol. 1



Nie można było powiedzieć, że Skipper był złym kapitanem. Dowodził piętnastką żołnierzy, każdego znał z imienia, z każdym się przyjaźnił. Czterech mądrych braci Kowalski – John, Artur, Nick i Will. Wiecznie rozgadany Rico i wesoły Stanley „Szeregowy”, Mafredi i Johnson, wyrachowany Mike o szarych oczach i rudowłosy Nate, opowiadający sprośne dowcipy Chris i roztropny Daniel, żywiołowy Aaron i nieśmiały Chester oraz zabiegany Jeremy.
Pewnego dnia Skipper został generałem i zamiast dowodzić na polu walki, kierował wszystkim z namiotu, rozstawiając przysłowiowe pionki. Jednak wciąż utrzymywał kontakt i w miarę przyjacielskie stosunki ze swoimi starymi podkomendnymi.
Po dwóch tygodniach od otrzymania stanowiska, dowódca wraz z kilkoma sporymi oddziałami trafił do Syrii, gdzie miał przysyłać posiłki i zaopatrywać pozostałych generałów. Wszystko szło jak po maśle, dopóki nie zawisło nad nim widmo ataku miejscowych komandosów. Wszyscy dowódcy mieli rozkazy, których musieli się trzymać, a na Skippera i jego ludzie spadło zadanie utrzymania bunkra na zachodniej przełęczy.
Świeżo upieczony generał wysłał tam ponad setkę ludzi.

Untitled

Cześć! Na wstępie chciałbym bardzo podziękować wam za te 6000 wejść i 430 komentarzy! Ludzie, uwielbiam was xD Dobra, a teraz parę spraw dot. opowiadania. Na sam pomysł wpadłem wczoraj podczas rozmowy z RaptorRed i poczułem obywatelski obowiązek zrealizowania go. 
Wiem, że to jest całkowicie oderwane od aktualnie mającej miejsce historii i w ogóle, ale tak jakoś wyszło, że musiałem to zrobić teraz xd
Eh, a teraz jeszcze parę informacji, które polecam przeczytać... Ywo, na wstępie zaznaczam, że ucieszysz się, bo jest dużo o Bulgocie; ale po przeczytaniu możesz zechcieć rozerwać mnie na strzępy. Wydaje mi się, że historia zahacza o ciekawy temat i ja w każdym razie się jeszcze z nim na żadnym pingwinowym blogu nie spotkałem. Ostrzeżenie dla osób wrażliwych, tudzież nietolerancyjnych. Ostrzegałem. Czytacie na własną odpowiedzialność.


***
Dwa delfiny płynęły niestrudzenie przed siebie, nie wiadomo dokąd. Płynący po prawej co chwila patrzył się za siebie, jakby się czegoś obawiał. Po paru minutach bezcelowego parcia naprzód, drugi ssak wskazał coś płetwą. Jego towarzysz przyjrzał się dokładnie wskazanemu miejscu, po czym skinął głową. Oba butlonosy skierowały się w kierunku niewielkiej jaskini, położonej u stóp podwodnej góry. Wejście było przysłonięte algami, którymi obficie było porośnięte całe wzniesienie. Delfiny ostrożnie wpłynęły do środka, chcąc się najpierw upewnić, czy nikt tam nie mieszka. Gdy byli pewni, że jest całkowicie bezpiecznie, wypełzli na brzeg. Byli wycieńczeni całodniową ucieczką.

Chapter II: Syndrom Poimprezowy

Chapter II: Syndrom Poimprezowy



Kowalski powoli otworzył oczy. Gdy tylko do strzępków jego świadomości zaczęły docierać jakiekolwiek bodźce, poczuł ból, ogarniający całe jego ciało. Czuł, jakby jego klatkę piersiową ktoś przypiekł na wolnym ogniu, jakby całą noc biegał po rozżarzonych węglach, bez jakiejś konkretnej osłony na stopach, ogólnie, całe jego jestestwo rozrywał ból. Jednak najbardziej we znaki dawała mu się głowa. Miał wrażanie, że wewnątrz jej jeździły niezliczone pociągi, albo jakby ktoś uderzał w nią ciężkim młotem.
Podniósł się do pozycji siedzącej w wielkim wysiłkiem i poczuł, że go mdli, ale powstrzymał wymioty. Nieprzytomnym wzrokiem rozejrzał się po apartamencie. W zasadzie po tym, co jeszcze wczoraj było apartamentem. Mebli nie było; to znaczy, były, ale w kawałkach, które walały się po całym pokoju. Z pobliskiego fotela unosił się dym, który nie znajdując ujścia, zatrzymywał się pod sufitem. Na ścianie po swojej lewej dostrzegł narysowaną tarczę, namalowaną czerwoną farbą. Wbite w nią były chyba wszystkie sztuki broni białej, jakie znajdowały się pomieszczeniu, gdy przyjechali, a może i więcej. Na samym środku, było wbite auto, podobne do ich własnego, ale nieco inne. Zdecydowanie inne kolory, a do tego było strasznym rzęchem. Po podłodze walały się butelki, puszki, opakowania po pizzy, strzępki czerwonej wykładziny, wypchane ryby, części samochodu i jeszcze od groma innych rzeczy. Jedna z plazm, która wisiała na ścianie, była całkowicie popękana, a drugiej nie dało się dostrzec. Okazał się, że Kowalski własnie siedział na jej szczątkach; bo plazmą już tego nazwać się nie dało. Poczuł lekkie ukłucie na plecach. Odwrócił się, ale nikogo za nim nie było.

Chapter I: Trudne Decyzje Bywają Trudne

1. Dzięki za te 5000 wejść! xd
2. Akcja 'zasadnicza' w kolejnej notce ;]
3. Yyy... mleko?


Chapter I: Trudne Decyzje Bywają Trudne

Trzy dni wcześniej
***
Rico chodził w tę i we w tę, czekając na powrót przyjaciół, przy okazji rozmyślając. Lemurów nie było w bazie od kilku dni, bo wyjechały na jakąś misję. Przed chwilą wraz ze swoją dziewczyną podjął decyzję, która miała zmienić całe jego życie. Po chwili w bazie znalazły się trzy pingwiny. Rico poprosił towarzyszy, żeby usiedli i podał każdemu kubek kawy. Kiedy upewnił się, że wszyscy już siedzą, wybełkotał - jak to on - kilka zdań.
- CO?! - wydarł się Skipper.
- Jak to?! - zawtórował Szeregowy.
- Ty bestio - zaśmiał się naukowiec.
- Nie no, ładnie... - rzekł Neil.
- Blahmyfgryftyukiljuytn!
- Rico, jesteście pewni?

Prolog

Dziś notka [znów...] bezczelnie krótka, ale jak pewnie zauważyliście, to tylko prolog. Zanim zostaną przeciwko mnie wysnute zarzuty o plagiat - przyznaję się do jawnego inspirowania się pewną serią filmów. Kto zgadnie jaką ma +25 pkt. xd Kto zgadnie, jaki tytuł przerobiłem, dostaje 200 punktów! xD Jak widzicie, jest co zbierać. 
PS. Polecam przesłuchać piosenki na playliście. Powinny wam nieco ułatwić zadanie xD


Prolog


Kathy siedziała na Dworcu Centralnym, czekając, aż zjawią chłopaki. Rzuciła okiem na swoją brązową walizkę, która stała pod ścianą, kilka metrów od niej. Wyjęła z niej swojego smartfona i sprawdziła godzinę. "13.30". "Cholera, gdzie oni są?" - przemknęło jej przez myśl. Postanowiła zadzwonić do Rico. Poczta głosowa. Do Skippera. Poczta głosowa. Do Szeregowego. Poczta głosowa. Do Kowalskiego. Odebrał.
~ Cześć Kathy... - zaczął strateg niepewnie i trochę niewyraźnie.