Dzisiaj tylko chciałbym potwierdzić to, czego pewnie i tak się co poniektórzy domyślali - zawieszamy tego bloga. Na czas bliżej nieokreślony, aż najdzie mnie jakakolwiek ochota na kontynuowanie tej smętnej i wiejącej nudą historii. Czyli nie za szybko.
Trzymajcie się :*
sobota, 14 września 2013
niedziela, 25 sierpnia 2013
Koleejny prolog
Hieloł ludzie dobrej woli! Znowu […] mnie opierdolicie, ale popijawy
nie ma i jeszcze całkiem długo nie będzie! xD Ale tym razem jest już zwykła
historia, z tym, że walę chronologię, dzięki czemu notki mogą tak naprawdę być
o wiele szybciej xd Kto zadowolony, proszę o łapkę w górę xd
PROLOG [za niedługo będzie ich więcej niż zwykłych notek, bijaaacz
xD]
Kowalski
szedł przed siebie, ku wielkiemu klifowi, górującemu nad zatoką. Ostatnie
liście na drzewach szeleściły cicho na wietrze, a drobne źdźbła trawy tańczyły
do jego rytmu. I pośrodku tego on – zwykły arktyczny nielot. Nie, nie zwykły. W żadnym razie – pomyślał.
Raczej mocno niezwykły. I niebezpieczny,
to na pewno. Zrobił kolejny krok, patrząc pusto w tarczę księżyca. Spojrzał
jeszcze raz za siebie i w dali dostrzegł Central Park i zoo, w którym żył przez
tyle lat, i w którym miał tylu przyjaciół. Miałem
przyjaciół – pomyślał z goryczą.
wtorek, 13 sierpnia 2013
Rzezi początek i ciąg dalszy
Dobrze, dziś notka ze specjalną dedykacją
do wszystkich, którzy uwielbiają bezsensowny rozlew krwi, flaki, mordowanie,
psycholi i jeszcze raz krew. ;) Tak, do was mówię xD
Vol. 2
Piętnaście
lat później
***
Jen siedziała w ulubionym fotelu Skippera,
w tym czerwonym stojącym najbliżej kominka, od którego biło ciepło ognia.
Czerwone języki lizały kawałek dębowego drewna, wrzucony przez nią kilkanaście
sekund temu. Jeszcze raz podeszła do okna, by spojrzeć na śnieżycę, szalejącą
na dworze. Wiata została już całkowicie przysypana białym puchem, na gałęziach
drzew zaległy istne zaspy. Pada
już od trzech dni, pomyślała, Jak
tak dalej pójdzie, to całkowicie nas odetnie od świata. Nagle poczuła przyjemny zapach
pieczonego ciasta ze śliwkami, które tak uwielbiał jej mąż. Uśmiechnęła się na
ten zapach. Skierowała się ku kuchni, ale jej uszu doszło głośne pukanie. Kogo niesie w taką zawieruchę? Doszła do drzwi, odgarnęła z twarzy
kosmyk czarnych niczym noc włosów i otworzyła nieznajomym, wpuszczając do pokoju
zimne powietrze. W progu stali dwaj mężczyźni. Ten po lewej był milczący i miał
paskudną bliznę po lewej stronie twarzy. Patrzył na nią swoimi zimnymi i
obojętnymi oczami. Zaś drugi mógłby uchodzić za nawet przystojnego, gdyby nie
pusty oczodół w miejscu prawego oka. Wielkie płatki śniegu topniały na ich
piórach.
[znów bez nazwy xd]
Dobra, na początku sprawy
‘organizacyjne’ [xd].
1. Dzięęęęękiiii za ponad 7000 na liczniku! xD
2. Irish wygrał kuźwaaaa!!! Drugie miejsce obsmarkana Alex, która nic
nie zrobiła, trzecie nasz kochany NN, i czwarte ex eaquo Carmen, Neil, DeWard
[What?], Orzełek i chyba jeszcze ktoś xd
3. Znowu nie będzie kontynuacji popijawy xD
4. Jestem niedobry xd
5. Kukurydza z mleczkiem [sory ywo, musiałem xD]
6. To będzie taki jakby one-shoot podzielony na dwie części.
Kapujecie? Xd
7. Kto czyta PLiO??? +50 zajebistości xD
8. Dobra, to tyle mojego psioczenia, zapraszam do czytania xP
Le Masakre Vol. 1
Nie można było powiedzieć, że Skipper był
złym kapitanem. Dowodził piętnastką żołnierzy, każdego znał z imienia, z każdym
się przyjaźnił. Czterech mądrych braci Kowalski – John, Artur, Nick i Will.
Wiecznie rozgadany Rico i wesoły Stanley „Szeregowy”, Mafredi i Johnson,
wyrachowany Mike o szarych oczach i rudowłosy Nate, opowiadający sprośne
dowcipy Chris i roztropny Daniel, żywiołowy Aaron i nieśmiały Chester oraz
zabiegany Jeremy.
Pewnego dnia Skipper został generałem i
zamiast dowodzić na polu walki, kierował wszystkim z namiotu, rozstawiając
przysłowiowe pionki. Jednak wciąż utrzymywał kontakt i w miarę przyjacielskie
stosunki ze swoimi starymi podkomendnymi.
Po dwóch tygodniach od otrzymania
stanowiska, dowódca wraz z kilkoma sporymi oddziałami trafił do Syrii, gdzie
miał przysyłać posiłki i zaopatrywać pozostałych generałów. Wszystko szło jak
po maśle, dopóki nie zawisło nad nim widmo ataku miejscowych komandosów.
Wszyscy dowódcy mieli rozkazy, których musieli się trzymać, a na Skippera i
jego ludzie spadło zadanie utrzymania bunkra na zachodniej przełęczy.
Świeżo upieczony generał wysłał tam ponad
setkę ludzi.
Untitled
Cześć! Na wstępie chciałbym bardzo podziękować wam za te 6000
wejść i 430 komentarzy! Ludzie, uwielbiam was xD Dobra, a teraz parę spraw dot.
opowiadania. Na sam pomysł wpadłem wczoraj podczas rozmowy z RaptorRed i
poczułem obywatelski obowiązek zrealizowania go.
Wiem, że to jest całkowicie oderwane od
aktualnie mającej miejsce historii i w ogóle, ale tak jakoś wyszło, że musiałem
to zrobić teraz xd
Eh, a teraz jeszcze parę informacji, które
polecam przeczytać... Ywo, na wstępie zaznaczam, że ucieszysz się, bo jest dużo
o Bulgocie; ale po przeczytaniu możesz zechcieć rozerwać mnie na strzępy.
Wydaje mi się, że historia zahacza o ciekawy temat i ja w każdym razie się
jeszcze z nim na żadnym pingwinowym blogu nie spotkałem. Ostrzeżenie dla osób
wrażliwych, tudzież nietolerancyjnych. Ostrzegałem. Czytacie na własną
odpowiedzialność.
***
Dwa delfiny płynęły niestrudzenie przed
siebie, nie wiadomo dokąd. Płynący po prawej co chwila patrzył się za siebie,
jakby się czegoś obawiał. Po paru minutach bezcelowego parcia naprzód, drugi
ssak wskazał coś płetwą. Jego towarzysz przyjrzał się dokładnie wskazanemu
miejscu, po czym skinął głową. Oba butlonosy skierowały się w kierunku
niewielkiej jaskini, położonej u stóp podwodnej góry. Wejście było przysłonięte
algami, którymi obficie było porośnięte całe wzniesienie. Delfiny ostrożnie
wpłynęły do środka, chcąc się najpierw upewnić, czy nikt tam nie mieszka. Gdy
byli pewni, że jest całkowicie bezpiecznie, wypełzli na brzeg. Byli wycieńczeni
całodniową ucieczką.
Chapter II: Syndrom Poimprezowy
Chapter II: Syndrom Poimprezowy
Kowalski powoli otworzył oczy. Gdy tylko do strzępków jego świadomości zaczęły docierać jakiekolwiek bodźce, poczuł ból, ogarniający całe jego ciało. Czuł, jakby jego klatkę piersiową ktoś przypiekł na wolnym ogniu, jakby całą noc biegał po rozżarzonych węglach, bez jakiejś konkretnej osłony na stopach, ogólnie, całe jego jestestwo rozrywał ból. Jednak najbardziej we znaki dawała mu się głowa. Miał wrażanie, że wewnątrz jej jeździły niezliczone pociągi, albo jakby ktoś uderzał w nią ciężkim młotem.
Podniósł się do pozycji siedzącej w
wielkim wysiłkiem i poczuł, że go mdli, ale powstrzymał wymioty. Nieprzytomnym
wzrokiem rozejrzał się po apartamencie. W zasadzie po tym, co jeszcze wczoraj
było apartamentem. Mebli nie było; to znaczy, były, ale w kawałkach, które
walały się po całym pokoju. Z pobliskiego fotela unosił się dym, który nie
znajdując ujścia, zatrzymywał się pod sufitem. Na ścianie po swojej lewej
dostrzegł narysowaną tarczę, namalowaną czerwoną farbą. Wbite w nią były chyba
wszystkie sztuki broni białej, jakie znajdowały się pomieszczeniu, gdy
przyjechali, a może i więcej. Na samym środku, było wbite auto, podobne do ich
własnego, ale nieco inne. Zdecydowanie inne kolory, a do tego było strasznym
rzęchem. Po podłodze walały się butelki, puszki, opakowania po pizzy, strzępki
czerwonej wykładziny, wypchane ryby, części samochodu i jeszcze od groma innych
rzeczy. Jedna z plazm, która wisiała na ścianie, była całkowicie popękana, a
drugiej nie dało się dostrzec. Okazał się, że Kowalski własnie siedział na jej
szczątkach; bo plazmą już tego nazwać się nie dało. Poczuł lekkie ukłucie na
plecach. Odwrócił się, ale nikogo za nim nie było.
Chapter I: Trudne Decyzje Bywają Trudne
1. Dzięki za te 5000 wejść! xd
2. Akcja 'zasadnicza' w kolejnej notce ;]
3. Yyy... mleko?
Chapter I: Trudne Decyzje Bywają Trudne
Trzy dni wcześniej
***
Rico chodził w tę i we w tę, czekając na powrót przyjaciół, przy
okazji rozmyślając. Lemurów nie było w bazie od kilku dni, bo wyjechały na
jakąś misję. Przed chwilą wraz ze swoją dziewczyną podjął decyzję, która miała
zmienić całe jego życie. Po chwili w bazie znalazły się trzy pingwiny. Rico
poprosił towarzyszy, żeby usiedli i podał każdemu kubek kawy. Kiedy upewnił
się, że wszyscy już siedzą, wybełkotał - jak to on - kilka zdań.
- CO?! - wydarł się Skipper.
- Jak to?! - zawtórował Szeregowy.
- Ty bestio - zaśmiał się naukowiec.
- Nie no, ładnie... - rzekł Neil.
- Blahmyfgryftyukiljuytn!
- Rico, jesteście pewni?
Prolog
Dziś notka [znów...] bezczelnie krótka, ale jak pewnie
zauważyliście, to tylko prolog. Zanim zostaną przeciwko mnie wysnute zarzuty o
plagiat - przyznaję się do jawnego inspirowania się pewną serią filmów. Kto
zgadnie jaką ma +25 pkt. xd Kto zgadnie, jaki tytuł przerobiłem, dostaje
200 punktów! xD Jak widzicie, jest co zbierać.
PS. Polecam przesłuchać piosenki na
playliście. Powinny wam nieco ułatwić zadanie xD
Prolog
Kathy siedziała na Dworcu Centralnym, czekając, aż zjawią chłopaki. Rzuciła okiem na swoją brązową walizkę, która stała pod ścianą, kilka metrów od niej. Wyjęła z niej swojego smartfona i sprawdziła godzinę. "13.30". "Cholera, gdzie oni są?" - przemknęło jej przez myśl. Postanowiła zadzwonić do Rico. Poczta głosowa. Do Skippera. Poczta głosowa. Do Szeregowego. Poczta głosowa. Do Kowalskiego. Odebrał.
~ Cześć Kathy... - zaczął strateg
niepewnie i trochę niewyraźnie.
Rozdział IX: Αυτό είναι ένα τριφύλλι!
Okej, więc na początku chcę przeprosić za wszystkie błędy, jakie
się pojawią, ale piszę na laptopie (a wierzcie mi, wolę komputery stacjonarne).
Po tej notce jedziemy z nowym opowiadaniem.W tej notce NIC się nie dzieje. Nie
jest za długa. A teraz mi wyjaśnić jedną, bardzo ważną rzecz: JAKIM CUDEM JAKAŚ
TAM OBSMARKANA ALEX WYGRYWA W ANKIECIE Z MOIM IRISHEM?! PYTAM SIĘ!!! JAK
MOGLIŚCIE?!
A teraz bez dłuższych wstępów, zapraszam
do czytania :P
Rozdział IX: Αυτό είναι ένα τριφύλλι!
Od incydentu w
sklepie z elektroniką minął tydzień. Komandosi sfałszowali dokumentację już
pierwszego dnia, aby ludzie nie zorientowali się, że jednego lemura brak.
Pomimo upływu czasu nastrój w bazie się nie zmieniał. Kowalski i Chester
zamykali się w laboratorium bez słowa, Skipper wraz z bratem patrolował zoo,
Jefferson siedział nad basenem, wpatrując się w taflę wody, na którą
nieustannie spadały krople deszczu, Kathy i Rico znikali w parku, a reszta
siedziała przy stole w bazie. Jednak najbardziej przeżywał to wszystko dowódca
lemurów. Został najbardziej dotknięty stratą. Aaron był nie tylko jego
żołnierzem, ale i najbliższym przyjacielem. Z rutyny wyrwało wszystkich nagłe
ogłoszenie Neila.
Rozdział VIII: Raz, Dwa, Trzy… Dziesięć!
Łaaaahhh!!! Dziś notka całkiem długa (jak na mnie xD) i myślę, że
sporo się w niej dzieje. Pada okazjonalnie jeden wulgaryzm, ale to tak wiecie,
By The Way xD
Rozdział VIII: Raz, Dwa, Trzy… Dziesięć!
Dziewięciu komandosów wracało do bazy po zwieńczonej sukcesem
misji. Dwaj dowódcy wlekli się w tyle, cali oblepieni piórami, sierścią i
okazjonalnie skórkami od bananów. Tu i ówdzie, lasery wypaliły dziury w futrze
i piórach, ukazując skórę. Jefferson i Skipper jeszcze nigdy nie zostali tak
upokorzeni. Kiedy podkomendni świętowali sukces, oni człapali daleko w tyle,
użalając się nad sobą. Kiedy doszli do bazy, wszyscy od razu do niej wskoczyli.
Naukowcy siedzieli przed telewizorem, oglądając „Gołe Klaty Ninja 36: Zemsta
Lemurożernych Zombie”.
Subskrybuj:
Posty (Atom)